|
Pokuszę się o wysnucie teorii, że najgorzej jest być psem. Rzecz jasna nie upragnionym labradorem właścicieli willi z ogrodem. Mam tu na myśli wiejskiego kundla. Czyli na wsi, u przeciętnego gospodarza najgorzej jest być psem. Wystarczy przypomnieć sobie popularne przysłowia: fałszywy jak pies. Nie dla psa kiełbasa. Pogoda pod psem. Przeciętny polski gospodarz przejawia zatwardziałą postawę, którą jako wolontariusze zwykliśmy określać mianem „betonu". Przez beton się nie przebijesz,. I nie przekonasz, że zwierzę nie tylko czuje, ale też ma swoje prawa.
Uzasadnienie mojej teorii? Proszę bardzo. Otóż posiadacz „betonowej" mentalności dba o swoje zwierzęta, jeśli leży to w jego interesie. Nakarmi i napoi konia, bo dzięki niemu pracuje na polu czy dojedzie wozem dokąd trzeba. Krowy dają mu mleko, więc są dochodowe i warto o nie dbać. Podobnie świnie i kury, które najpierw trzeba utuczyć, aby potem mieć co jeść. Zdarza się nawet, że wzywa się weterynarza do chorej sztuki, albo kupuje w mieście tabletki na odrobaczenie. Jeśli chodzi o kota, to żyje wolno, więc upoluje sobie myszkę i zawsze znajdzie zaciszne miejsce do spania. Pozostaje nasz udomowiony (częściej: "przybeczkowiony") pies. Przeciętny gospodarz, jak tradycja każe, trzyma swojego psa na uwięzi. Za budę służy mu zazwyczaj coś pomiędzy beczką, a sfatygowaną skrzynią. Jeść dostaje zazwyczaj trzy razy w tygodniu, jak coś spadnie ze stołu, a wodę ma, jak mu napada. Nic sobie nie upoluje, bo łańcuch wiąże go na stałe z pilnowanym gospodarstwem. Z tego samego powodu nie znajdzie schronienia przed zimnem czy deszczem. Nie rozgrzeje się biegając. Nie wezwą do niego lekarza, gdy zachoruje. Gdy wyzionie psiego ducha, na jego miejsce pojawi się następny nieszczęśnik.
Beata Maciejewska
|