|
Podczas tzw. akcji interwencyjnych, których dokonujemy jako członkowie Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt, mieliśmy okazję natknąć się na wiele zdumiewających zjawisk. Parokrotnie spotkałam się ze szczególnie frapującymi postawami ludzkimi. Nie jest mnie już w stanie zaskoczyć swym brakiem empatii w stosunku do zwierzęcia przeciętny polski gospodarz. Gorzej było, gdy spotkałam panią, która dowiadując się do jakiej należę organizacji, rozpoczęła długi monolog na temat swojej miłości do zwierząt. Jak to ona kocha psy jak jej żal kotów, jak okruszki rzuca ptakom i w ogóle... serce na talerzu. Po nieco przydługiej prezentacji swych niewątpliwych zalet, przystąpiła do wspomnień o jej nie żyjącym już psie - Pikusiu. Otóż kochała go ponad życie, bo i szczególnie rozumny to był czworonóg. Choć miał tylko rok, znał wiele sztuczek, którymi zabawiał całą rodzinę. Gdy zbliżała się pora powrotu dzieci ze szkoły; czekał na nie pod drzwiami. Nawet kury potrafił zagonić do kurnika, nie zjadając przy tym żadnej. Zaciekawiło mnie, jak to się stało, że już nie żyje i usłyszałam: „Pani, jak on cierpiał! Czymś się musiał zatruć, albo co... Nie jadł, a co wypił to z niego wyleciało. Tydzień wił się w konwulsjach, jakieś drgawki miał czy coś. Jak my wszyscy nad nim płakaliśmy! A jak zdechł to dojść do siebie nie mogliśmy przez miesiąc, a to do dziś nie umiem normalnie o tym mówić." Spytałam naiwnie: „l nie poszliście państwo z tym psem przez cały tydzień do weterynarza?" Kobieta spojrzała na mnie z wyrzutem i odparła: „Do weterynarza? Pani, a kto ma czas po weterynarzach jeździć?".
Mam nieśmiałą nadzieję, że własnych dzieci kobieta ta nie kocha tak mocno, jak Pikusia. Beata Maciejewska
|