| Język urwany sznurkiem od snopowiązałki | ||||
|
|
Rozbieżne zeznania Do zdarzenia doszło w niedzielę 30 maja br. w godzinach rannych w stajni „Purus” w Mysłowicach. Manager ośrodka jeździeckiego, Jolanta Z-K opisuje całe zdarzenie następująco: - Sławomir L. sam zaproponował by zawiązać klaczy sznurek na języku i na tym sznurku wprowadzić konia do przyczepki. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, koń będąc już w przyczepce, odsadził się do tyłu, sznurek zaczepił się prawdopodobnie o rurkę z przodu przyczepki i dokładnie koniuszek języka spadł na ziemię. Natychmiast próbowałam dodzwonić się do lekarza weterynarii opiekującego się naszymi końmi. Koniuszek języka został zmierzony, podjęliśmy decyzję, że nie będziemy go przyszywać ponieważ z doświadczenia było wiadomo, że przyjęcie się i zrośnięcie tkanek daje marne rokowania. Ubytek również był procentowo niewielki, także nic nie zagrażało życiu ani zdrowiu konia. Natychmiast podałam dożylnie fenylobutapirazol i domięśniowo został podany shotapen – słuchamy jej wyjaśnień. Zupełnie inaczej zdarzenie wspomina właściciel klaczy. - To masztalerz na polecenie manager ośrodka jeździeckiego, Jolanty Z-K, przestraszonemu i katowanemu batem oraz innymi przedmiotami koniowi zawiązał na języku pętlę ze sznurka do snopowiązałki i przy potwornym biciu szarpany za język koń wciągany był na trap przyczepy poprzez targanie za język. Przerażony koń stawiał opór, a coraz brutalniejsze szarpanie sznurkiem oderwało koniowi język! Okaleczone zwierzę wskoczyło do bukmanki obryzgując ściany krwią. Pani Jolanta stwierdziła, żeby wyjąć konia, bo nie nadaje się na zawody! Kazała wprowadzić przerażonego konia do jednego z boksów. Koń co prawda otrzymał w pośpiechu kilka zastrzyków ale wprowadzony do boksu został pozostawiony samopas bez opieki weterynaryjnej, ponieważ wg. zapewnień Pani Joli nic się nie stało a utrata języka to… tylko drobna zmiana kosmetyczna bez najmniejszego wpływu na życie zwierzęcia. Z uśmiechem dodała, że najwyżej nie będzie mlaskać. Pomimo protestów przerażonych rodziców dzieci – młodych klubowiczów, Pani Jola w pośpiechu oddaliła się na zawody, a pozostawiony w boksie koń powoli się wykrwawiał – mówi Sławomir Liszka. Niedziela była przyczyną braku możliwości szybkiego przyjazdu lekarza weterynarii z najbliższej okolicy. Udało się sprowadzić przebywającą w Częstochowie Anitę Krysztofiak, opiekującą się stajnią w Udorzu. Dotarła po paru godzinach. W oświadczeniu lekarza weterynarii czytamy: „…stwierdziłam odcięcie około 6 cm… języka. Klacz była zdenerwowana, spocona, zachowanie jej wskazywało na dużą bolesność okolic pyska, który był cały we krwi. Ściany w boksie, w którym przebywała klacz wymazane były krwią. Klacz nie mogła pić, ani jeść, widoczne były ślady odwodnienia organizmu. Na całym ciele klaczy widoczne były ślady po uderzeniach batem. Język klaczy został ucięty przez założoną pętlę ze sznurka od snopowiązałki. Jednocześnie zostało uszkodzone gardło środkowe i dolne, przez co koń nie był w stanie połykać. Przez to, że klacz nie mogła pić i jeść, wymagała stałej opieki lekarskiej...”. Po podaniu właściwych leków i elektrolitów oraz środków uspokajających, koń został przewieziony do stadniny w Udorzu, gdzie znajduje się pod stałą fachową opieką. Pełna lista świadków Jest wielu zbulwersowanych świadków tego zdarzenia, którzy pragną przerwać ten haniebny proceder katowania koni tym bardziej, że przypadek ten nie jest odosobniony. - Najpierw próbowałam sama wprowadzić klacz do bukmanki ale nie udawało mi się to. Na to przyszła Pani Jola. Wtedy kobyła się zdenerwowała jeszcze bardziej. Było to po tym jak ona zaczęła ją bić batem. Ponieważ to również nie dawało rezultatu, wówczas Pani prezes zawołała stajennego. Ten chwycił za uwiąz a p. Jola dalej biła klacz. Po przeprowadzeniu samochodu w inne miejsce zaczęto znowu wprowadzać klacz do przyczepy. Klacz była już bardzo zdenerwowana i wówczas p. Jola podała stajennemu sznurek. Wydała także polecenie, aby stajenny zawiązał go na języku konia i w ten sposób go wprowadzał. Jak zaczęłam krzyczeć, że tak nie można to p. Jolanta wyzwała mnie, że utrudniam im załadunek. Nie mogłam na to patrzeć, odeszłam od samochodu i zaczęłam płakać - relacjonuje zdarzenie Anita Grabiańska. Samego momentu urwania języka nie widziała. Po tym zdarzeniu konia przeprowadzono do stajni. Według oświadczenia świadków - Jolanta Z-K nie była w stanie dać koniowi zastrzyku, zrobił to chłopak, który nie ma uprawnień. – Pani Jolanta zostawiła nas samych z cierpiącym koniem, a sama wyjechała na zawody. „Sali” w stajni zachowywała się strasznie, była zdenerwowana, gryzła z bólu ściany, próbowała jeść - nie mogła. Próbowała pić, ale też nie mogła. Ponownie gryzła ściany. To wszystko było straszne. Nie mogę o tym zapomnieć – dodaje Anita Grabiańska. Apel o pomoc Sławomir Liszka wystosował apel do organizacji zajmujących się ochroną zwierząt z prośbą o pomoc. - Wielokrotnie wcześniej zdarzało się, że z „Prusa” do „Kantera” w Sławkowie i odwrotnie trafiały konie z ponadrywanymi i pociętymi językami podczas ładowania do bukmanki „starą sprawdzoną kozacką metodą”. Przewożone na rajdy lub zawody konie były niemiłosiernie katowane i okaleczane do krwi. Klubowiczki z „Purusa” były zmuszone jeździć na samych kantarach, ponieważ ich konie miały okaleczone pyski do tego stopnia, że nie było możliwości założenia wędzidła bez zadawania ciągłego bólu – czytamy w piśmie właściciela „Sali”. - „Pogotowie dla Zwierząt” już na początku czerwca br. zajęło się sprawą. Skompletowaliśmy dokumentację, zawiadomiliśmy prokuraturę a także prowadzimy nasze wewnętrzne dochodzenie. Z informacji, w jakich jesteśmy w posiadaniu, może wynikać, że w tej stajni mogło dochodzić do innych przestępstw lub wykroczeń z Ustawy o Ochronie Zwierząt – mówi Grzegorz Bielawski, prezes Zarządu „Pogotowia dla Zwierząt”. Organizacja zamierza być także oskarżycielem posiłkowym w sądzie przeciwko sprawcy czynu. Po dwóch tygodniach – po „Pogotowiu dla Zwierząt” – sprawą zainteresowały się ogólnopolskie media. Obie strony nawzajem kierowały w nich pod swoim adresem oskarżenia. - Stajenny wyciągnął język, poprosił o podanie sznurka. W jednej ręce trzymał uwiąz, a w drugiej sznurek, na którym uwiązany był język. Zaczął już bardzo mocno krwawić, robił się coraz mniejszy, klacz już podchodziła i po paru sekundach język był już na ziemi – relacjonowała w telewizji Ines Dylewska, świadek zdarzenia. - Na pewno chciałabym udowodnić, że w życiu na taki pomysł bym sama nie wpadła; nie dopuściłabym do tego. Na pewno gdyby był to mój koń, nigdy w życiu by się to nie zdarzyło ale zawsze ostatnie zdanie ma właściciel - mówiła Jolanta Z-K w programie telewizyjnym. Ponadto w internecie można przeczytać oświadczenie menagera stajni „Purus”, jak i znajomego Pani Joli – Karola. W kilkudziesięciu zdaniach zaprzeczają winie pracowników stajni i oskarżają o nieprawidłowości Sławomira Liszkę. Tymczasem, jak się dowiadujemy pracownik, który przywiązał klaczy sznurek do języka, jest obecnie na urlopie. Jak informuje Jolanta Z-K, ośrodek poszukuje już nowego stajennego, ponieważ Paweł M., za porozumieniem stron, rozwiązał umowę... Nie bójmy się widzieć! Klacz „Sali” przeżyła mimo ogromnego bólu. W jej psychice zostanie na pewno ślad po ludzkiej głupocie. Podobnie jest z psychiką młodych miłośników koni, którzy byli świadkami tego zdarzenia. Niech to zdarzenie będzie dla wszystkich nauczką by baczniej zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół nas. Nie bójmy się reagować na krzywdę zwierząt. Pamiętajmy, że sprawca takiego czynu może zostać skazany przez sąd nawet na 10 lat zakazu posiadania zwierząt czy pracy przy nich. Dla winnych tego typu przestępstw to najsurowsza kara, a dla zwierząt zbawienie.
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved." |


















