Stróż na swoim

Kilkuletni mieszaniec zawsze był idealnym towarzyszem dla ludzi. Problem w tym, że nie mógł trafić na odpowiedniego człowieka. Dzięki mieszkańcowi Wielenia, zniknął z listy skazanych na zapomnienie schroniskowych psów. – Obdarzyłem go całkowitym zaufaniem, za co on się odpłaca – podkreśla Stanisław Parthun.


    Historia Stróża gościła już na łamach Tygodnika Noteckiego. Członkowie Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt starali się za pośrednictwem gazety znaleźć psu dom. Duże psisko należało do ulubieńców wolontariuszy. Gdy kilka lat temu trafił do schroniska, jedna z członkiń TPdZ zastępowała tam pracownicę, opiekując się psami. Stróż dał się poznać jako łagodny olbrzym, o przyjaznym usposobieniu. Instynktownie zaczął traktować schronisko jako teren do pilnowania. Ze stoickim spokojem przyjmował zaczepki innych psów, gdy dumnie asystował swej tymczasowej pani przy codziennym obrządku. Czuł się wyróżniony i przynależny do kogoś. Niczego więcej nie potrzebował.

Z deszczu pod rynnę


    Schronisko rządzi się własnymi prawami. Tymczasowa pani odeszła, wkrótce ktoś zechciał adoptować budzącego respekt swoim wyglądem psa. Pech chciał, że był to mężczyzna z tzw. czarnej listy osób, którym nie należy nigdy więcej wydawać żadnego zwierzęcia. – Ten mieszkaniec Biernatowa słynął z licznych adopcji, których dokonywał. Za każdym razem kończyło się to źle dla psów. Zwyczajnie je porzucał, oddawał albo zaniedbywał – wyjaśnia Alicja Kowalska z Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt. Pracownicy schroniska przeoczyli ten fakt i wydali Stróża w niepewne ręce.
    Gdy po kilku miesiącach wolontariusze odwiedzili swego pupila, zastali nieszczęsny widok. Pies był brudny, wychudzony, mieszkał w budzie przeznaczonej dla małego psa. Poza tym najwyraźniej bał się swojego nowego pana. Pozostałe psy gospodarza również prezentowały się żałośnie. Towarzystwo postawiło warunki, które miały natychmiast zostać spełnione, pod groźbą odebrania zwierząt. Kolejna wizyta wykazała poprawę. Mężczyzna wymurował psu budę z prawdziwego zdarzenia, zaczął też regularnie karmić wszystkie zwierzęta.
    W lutym 2006 roku mieszkaniec Biernatowa zadzwonił do TPdZ z informacją, że musi zwrócić psy do schroniska, gdyż zmieniła się jego sytuacja życiowa. Stróż wyglądał jak szkielet, Karusia bała się własnego cienia, natomiast Pufik otrzymał swe imię z powodu przygniatających go kołtunów. – Widok był zdumiewający. Sierść psa utworzyła swoisty pancerz, spod którego z ledwością dawało się rozpoznać, jakie to zwierzę – wspomina Tomasz Bogucki z TPdZ.


Powrót


    Stróż zdawał się z wdzięcznością przyjąć powrót do schroniska. Zadomowił się i zaprzyjaźnił z pracownikami. Przybrał na wadze i wypiękniał. Trudne przeżycia nie zmieniły jego łagodnego nastawienia do ludzi. Wolontariusze Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt co tydzień wyprowadzali psy ze schroniska na spacer, poznając ich charaktery i na bieżąco szukając dla nich domów. Psów wciąż przybywało, a chętnych na adoptowanie zwierząt było coraz mniej. Wiele wspaniałych czworonogów latami tkwiło w schronisku. Nadawały się na kanapowce, były idealne jako psy rodzinne, czy do pilnowania posesji, a mimo to pozostawały skazane na zapomnienie. – Baliśmy się, że Stróża czeka ten sam los. Można zrozumieć, że ktoś nie chce psa lękliwego, starego czy chorego. Ale jak wytłumaczyć, że ludzie wolą bezmyślnie rozmnażać swoje psy i brać szczeniaki, podczas gdy w schronisku tkwią setki idealnych towarzyszy, które zwyczajnie się zgubiły lub miały pecha i zostały porzucone? – dziwi się Alicja Kowalska.

Zaufanie


    Stanisław Parthun z Wielenia, mimo swojego wieku, prowadzi zdumiewająco aktywny tryb życia. Przed chwilą wrócił z Poznania, kilka dni temu był w Szwecji. - Nie mam dla siebie pięciu minut – śmieje się emeryt, dorabiający w firmie transportowej. Gdy jakiś czas temu przeczytał o Stróżu, podjął natychmiastową decyzję. Zadzwonił pod wskazany numer. – Chciałbym adoptować Stróża – oznajmił stanowczo. Wolontariusze sprawdzili warunki, po czym przywieźli psa na miejsce. Od początku zrobiło na nich wrażenie opanowanie mieszkańca Wielenia. – Szczerze mówiąc obawialiśmy się, że starsi państwo nie poradzą sobie ze Stróżem, że sforsuje bez trudu ich niski płot i ucieknie, że pogryzie ich drugiego psa – również płci męskiej. Przypuszczaliśmy, że nie zdają sobie sprawy, na co się decydują – przyznaje Tomasz Bogucki z TPdZ. Członkowie towarzystwa zostawili szereg zaleceń, proponowali wychodzenie z psem tylko na smyczy, trzymanie go z dala od dwunastoletniego psa Kuby itp. - Jak na szpilkach czekaliśmy na jakąś niemiłą wiadomość, typu, że Stróż pogryzł Kubusia i że mamy natychmiast po niego przyjeżdżać – śmieje się Alicja Kowalska.
    Stanisław Parthun wiedział jednak swoje. Jeszcze tego samego dnia zabrał Stróża w trasę, a po powrocie poszli na spacer do lasu. Razem z Kubą. – Spuściłem oba psy ze smyczy. Początkowo warczały nieco na siebie, po czym zgodnie zaczęły obwąchiwać teren – mówi nowy właściciel Stróża. Mężczyzna postawił na całkowite zaufanie zwierzęciu i nie zawiódł się. Stróż nie zamierzał uciekać, spuszczony ze smyczy, maszerował dwa kroki za swoim panem. Gdy brama od podwórka pozostawała otwarta, pokręcił się na drodze przed domem i wrócił. Pies od razu poczuł się jak u siebie. – Zaczął meldować szczekaniem przybycie każdej osoby. Przy czym zauważyłem, że wpuszcza kogo chce, są osoby,  którym nie pozwala wejść na podwórko. Myślałem, że to przypadek, ale okazało się, że nie – wyjaśnia Stanisław Parthun.


Ścieżki Dżekiego


    Nowe życie Stróża wymagało nowego imienia. Został przemianowany na Dżekiego, na cześć swojego poprzednika, psa – przybłędy, którego do domu przyniósł syn państwa Parthun. – Zastanawiałam się, po co mojemu synowi od jakiegoś czasu tyle chleba. W końcu przyznał się, że ma psa. Ktoś go wyrzucił z auta, był tak słaby, że nie mógł iść. Wyglądał prawie identycznie jak Stróż – wspomina żona Stanisława Parthuna. – Żona początkowo narzekała, że pies gubi sierść, ale wystarczyło, że podszedł do niej, szturchnął ją nosem i już było dobrze. Był takim samym przylepą jak Stróż – śmieje się wieleniak. 
   

Stróż – Dżeki sam wybrał sobie miejsce dla siebie. Zdecydowanie nie odpowiada mu przebywanie w domu. Wchodzi tam tylko na chwilę. Za nic w świecie nie chce też wejść do przestronnej budy. Śpi więc w pralni, gdzie nowy pan wstawił mu tapczan. Dżeki nie jest wiązany, może do woli cieszyć się swobodą. Do tego trzy razy dziennie chodzi ze swoim panem na spacery. – Brakowało mi psa. Wstawałem zazwyczaj około dziewiątej, odkąd mam Dżekiego – wstaję o siódmej, aby zdążyć z nim na spacer, zanim zadzwonią po mnie z firmy – przyznaje Stanisław Parthun. Stróż – Dżeki byłby zapewne psem idealnym, gdyby nie pewien drobny szczegół...- Zarówno Kuba jak i poprzedni Dżeki potrafili chodzić ścieżkami w ogródku, gdy było posiane. Jego jakoś nie mogę tego nauczyć...- mówi wymarzony pan Stróża.


Beata Maciejewska

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."