| Pamiętam cię, Soniu... | |
|
Historia dziesięcioletniej dobermanki, oddanej na stare lata do schroniska, znalazła swój krzepiący finał. Niesmak pozostawia świadomość, że przy odrobinie wysiłku, można by zaoszczędzić Soni przejść z ostatnich miesięcy.
O pomoc w znalezieniu domu dla Soni w maju br. poprosiła redakcję lokalnego Tygodnika Noteckiego dziennikarka z Piły, pracująca w jednej z tamtejszych gazet. Zareagowali wolontariusze Towarzystwo Pogotowie dla Zwierząt, którzy postanowili wydostać Sonię ze schroniska. Suczka trafiła tam po dziesięciu latach życia w bloku jako ukochany pupil. Powodem miała być poważna choroba jej właściciela. – Wiedzieliśmy, że dobermany to bardzo wrażliwe psy, oddane bez końca jednemu człowiekowi i pobyt w schronisku będzie dla Soni wyrokiem. Dlatego zabraliśmy ją do siebie na „tymczas” i postanowiliśmy znaleźć jej dom – wyjaśnia Tomasz Bogucki z Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt. Fikcja Wolontariuszy zastanowiło, dlaczego pracownica gazety o szerszym zasięgu niż powiatowy tygodnik, prosi o pomoc jedynie lokalne media. Kobieta wyjaśniła, że właściciel Soni jest jej przyjacielem i z uwagi na jego zdrowie powiedziano mu, iż Sonia ma dobry dom. Tym samym nie może przeczytać w pilskich gazetach, że to nieprawda. W rzeczywistości Sonią, która została sama w mieszkaniu, przez tydzień zajmowali się znajomi jej pana. Następnie złożyli się na dwutygodniowy pobyt Soni w psim hotelu. Po upływie tego czasu, dobermanka miała dołączyć do pozostałych psów schroniskowych. W dniu, w którym Sonia z części hotelowej miała zostać przeniesiona do części schroniskowej, przyjechali po nią wolontariusze TPdZ. Towarzyszyła im dziennikarka, która przekazała im Sonię. – Kobieta ta przekazała nam pieniądze na utrzymanie Soni. Później dosłała kolejne, jak też leki i książeczkę zdrowia psa. Pisała, że ma nadzieję, iż Soni jest dobrze, a jeśli nie, to woli o tym nie wiedzieć, bo pękłoby jej serce...Zastanawiała nas ta postawa, pełna poczucia winy. Coś tu nie grało – wspomina Alicja Kowalska z TPdZ. Na tymczasie Dobermanka wyła żałośnie całą drogę ze schroniska. Była zdezorientowana i apatyczna. Trafiła pod opiekę jednej z wolontariuszek. Początkowo mieszkała u niej w domu. Bardzo się z nią zżyła. Później musiała trafić do specjalnie przygotowanego kojca, z uwagi na pozostałe cztery psy wolontariuszki, z którymi się nie zgadzała. Miała tam dobrą opiekę, ale nie była szczęśliwa. Źle znosiła pobyt w kojcu, potrzebowała stałego kontaktu z człowiekiem. Spacery, chociaż częste, nie wystarczały. W odpowiedzi na ogłoszenia w prasie o poszukiwaniu domu dla Soni, zgłaszali się albo pseudohodowcy albo osoby nie mające pojęcia o psach, a o dobermanach tym bardziej. Czas naglił. Członkowie towarzystwa postanowili poszukać na własną rękę byłego właściciela Soni. – Pomyśleliśmy, że to nie fair, iż człowiek ten myśli, że jego pies jest szczęśliwy. Może uruchomiłby swoje kontakty i znalazł jej dobry dom, gdyby wiedział? – tłumaczy Alicja Kowalska z TPdZ. Dotarli pod stary adres zamieszkania właściciela Soni. Dowiedzieli się, że nie mieszka tam już od dłuższego czasu. Udało im się zdobyć namiary na byłą partnerkę tego człowieka. – To było bardzo ryzykowne. Wiedzieliśmy, że państwo Ci nie są już razem, więc sytuacja była niezręczna. Poza tym można było myśleć, że jeżeli pani ta byłaby zainteresowana losem Soni, to już dawno by ją wzięła...Cos nas jednak tknęło i odnaleźliśmy tą panią – mówi Alicja Kowalska.
Pani
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved." |

















